Niestety moje ambitne plany uczestnictwa w całym tegorocznym Czad Festiwal zakończyły się, jak się zakończyły. Z przyczyn ode mnie niezależnych wylądowałam zaledwie na jednym dniu tej imprezy. Ale zanim o tym, słowo na temat stosunkowo młodego jeszcze festiwalu, wpisującego się już na dobre w krajobraz podkarpackich imprez. To była moja pierwsza edycja. Impreza odbywa się w Straszęcinie koło Dębicy, w bardzo urokliwym miejscu, na sporym obszarze. Line-up zasilają głównie polskie zespoły szeroko pojętego rocka i metalu. Nie brakuje również gwiazd światowego formatu, tyle, że jeszcze niezbyt licznych. Mam jednak nadzieję, że w kolejnych latach skład międzynarodowy będzie się powiększać, bowiem grzech byłoby nie wykorzystać potencjału, jaki impreza ta w sobie nosi.

Zanim o zespołach, które wystąpiły 29 sierpnia, czyli w dzień, w który pojawiłam się w Straszęcinie, muszę wspomnieć o wrażeniach, jakie zrobił na mnie ten festiwal i cała jego infrastruktura. Najbardziej imponujący był ogromny obszar, na którym rozlokowane były dwie sceny, duża i mała oraz podzielone na części pole namiotowe (jednak w tym przypadku lepiej by było użyć słowa – obóz, bo tak to właśnie wyglądało). Parkingi, a na nich masa samochodów dosłownie z całej Polski, sielankowa, miła atmosfera. W przeważającej liczbie młodzi i bardzo młodzi ludzie. Bardzo uprzejma ochrona oraz ludzie z organizacji. Specjalnie wydzielone miejsce dla dziennikarzy, w którym odbywały się konferencje prasowe z zespołami. Niesamowicie dużo miejsc z jedzeniem i piciem, a do tego bardzo niskie, jak na charakter tego typu imprezy, ceny. Jednym słowem zrobiło to wszystko na mnie spore wrażenie. Niektóre dużo większe imprezy w Polsce, na których miałam okazję być do tej pory, nie mogłyby się poszczycić tak dobrze zorganizowanym zapleczem. Dzięki temu, naprawdę przyjemnie uczestniczy się w całej reszcie, czyli koncertach.

W tym roku moje zainteresowanie skupiło się wokół Czad Festiwal głównie z powodu dwóch zespołów. Pierwszym z nich była jedna z najjaśniejszych gwiazd holenderskiej muzyki, zespółWithin Temptation, zaś druga to legendarna gwiazda punk rocka w amerykańskim stylu, czyliThe Offspring. Niestety drugiego z tych zespołów w efekcie nie zobaczyłam, bowiem nie dojechałam już do Straszęcina 30 sierpnia. Bardzo żałuję. Jeśli chodzi o WT. Nigdy nie byłam wielką fanką tej kapeli, kiedyś owszem zdarzało mi się słuchać, jednak były to tylko trzy pierwsze albumy. Nie mniej, z racji bliskiej odległości, postanowiłam, że chcę ich wreszcie zobaczyć na żywo.

Mimo, że szykowałam się na wywiad z zespołem, na miejscu okazało się, że będzie to w formie konferencji prasowej. Ale zanim o tym, po przybyciu na miejsce rozejrzałam się po okolicy, na dużej scenie grał Mellow Mood, zespół reggae. Nie moje klimaty, ale trzeba przyznać, że pod sceną, jak na tę dość wczesną porę, było naprawdę dużo ludzi. Koncerty odbywały się na zmianę, raz na jednej, raz na drugiej scenie. Na małej scenie następnie pojawił się nasz polskiKabanos. Mimo, że słyną oni z nie do końca poważnych tekstów, muzyka ich bywa miejscami „poważna”. Z zainteresowaniem wysłuchałam koncertu, racząc się zimnym piwkiem nieopodal sceny. Po koncercie Kabanos, znów „zagrała” duża scena, a na niej pojawili się dobrze znani wszystkim znawcom folk metalu – Finowie z Korpiklaani. Folk metal jest jednym z tych gatunków metalu, których szczerze „nie akceptuję” (delikatnie mówiąc). Jednak grupa ta ma specyficzny, oryginalny styl, więc nie ukrywam, że byłam zainteresowana ich występem. Nie zawiodłam się. Koncert solidny, fajny kontakt z publicznością, masa fanów zespołu pod sceną, skandujących co chwila szlagier Finów „Vodka”. Zabawa trwała w najlepsze, a ja pod koniec ich koncertu udałam się pospiesznie na zapowiedzianą konferencję z Within Temptation.

Niestety Sharon i Ruud spóźnili się nieco i z zapowiadanych piętnastu minut, zrobiło się chyba dziesięć. Kilka osób, w tym ja zdążyło zadać swoje pytania. Aby się tu wiele nie rozpisywać, już teraz odsyłam do materiału, który niebawem opublikuję. Będzie to zapis audio i video tejże konferencji. Sympatycznie upłynął ten bardzo krótki czas, na koniec niektórzy z nas zrobili sobie pamiątkowe zdjęcia  z muzykami. Po zakończonej konferencji, powoli trzeba było przenieść się pod główną scenę. W tym czasie na małej scenie w najlepsze grał polskiTotentanz. Mimo, że dotarłam tam już w trakcie ich koncertu, przyznaję, dobrze się tego słuchało. To kapela znana i zasłużona, zatem można się było spodziewać dobrego występu.

Tego wieczoru tak naprawdę oczekiwałam jednego koncertu, Within Temptation. Pierwsze trzy albumy mam w swojej dyskografii. Te trzy pierwsze płyty uważam za dobre i „słuchalne”. Niestety wszystko to, co pojawiło się po „The Silent Force”, na dobre odsunęło mnie od tej kapeli. Metal symfoniczny w ich wykonaniu miał naprawdę niezłą jakość, wielu starych fanów z utęsknieniem wspomina te czasy. Można dyskutować, czy WT dobrze zrobił zmieniając styl, bo zdaje sobie sprawę, że znalazłoby się wielu, którzy optowaliby za najnowszymi materiałami boskiej Sharon i spółki. Jedyne co upatruję bardzo na plus w dzisiejszym WT, to właśnie wspomniana Sharon i jej wokal. Dużo bardziej „leżą” mi jej niższe partie, bowiem wysokie rejestry często przyprawiały mnie o ból głowy ;) To był mój pierwszy koncert WT, byłam ciekawa jak wypadają na żywo. Wcześniej online obejrzałam ich koncert na Woodstock i skutecznie mnie zachęcili do przyjazdu na Czad Festiwal.

Nie będę ukrywać, że czekałam właściwie tylko na starsze numery. Pozostałych wysłuchałam z „ograniczonym entuzjazmem” ;) Pomijając covery, które znalazły się na setliście, z nowszych numerów wypadły dość fajnie „Paradise (What About Us?)”, którym zespół otworzył koncert oraz „And We Run”. Oba to duety wokalne. Wszystkim tym kompozycjom towarzyszyły klipy w tle, no i oczywiście ścieżki wokalne wykonujących je wokalistów. Ja te numery, które najbardziej chciałam usłyszeć, usłyszałam. „Stand My Ground”, „The Promise”, potem „Ice Queen” i na koniec „Mother Earth”. Dla mnie trochę podróż w przeszłość. Miałam jednak wrażenie, że mimo tego, że aranże były raczej takie same jak w oryginałach, utwory te wypadły… jakby to powiedzieć „mniej dostojnie”. Być może z racji tego, że większość kawałków na setliście miało charakter „taneczno-rozrywkowy”. Bez dwóch zdań, dla mnie, najlepszym momentem koncertu było wykonanie pięknego „The Promise” z „Mother Earth”. Utwór „wyproszony” przez polski fan club zespołu. Na setliście znalazły się kolejno (oprócz wspomnianych powyżej): „Faster”, „In the Middle of the Night”, „Fire Adn Ice”, „Dangerous”, „Our Solemn Hour” (jeden z lepszych momentów), „Iron”, „Summertime Sadness”, „The Heart Of Everything”, “What Have You Done”, akustycznie “Sinead” i“Covered By Roses”.

Koncert był dość długi, myślę, że publiczność była usatysfakcjonowana, w każdym razie na taką wyglądała. Zespół na scenie i w kontakcie z fanami wzorowo. Moc, energia, pełne zaangażowanie i luz. Sharon nie tylko ze względu na swoją osławioną urodę, ale także ze względu na bezpośredniość, potrafi bardzo skutecznie zachęcić publiczność do zabawy. A polskie „dziękuję” było bardzo urocze w jej wykonaniu ;) Widać, że zespół bardzo dobrze czuł się na scenie i w Polsce generalnie, na co zwracał uwagę już na konferencji prasowej. Wszystko dobrze zabrzmiało, nagłośnienie w porządku, odbiór bardzo dobry. Imponujący na scenie był cały tył, za którym ukryty był podest, gdzie wchodziła wokalistka podczas niektórych utworów. Poza tym wizualizacje teledysków w tle. Fajnie się na to patrzyło. Zawodowe przygotowanie. Zespół był tak zadowolony z przyjęcia, że wcale nie miał ochoty schodzić ze sceny i długo im zeszło, zanim z niej zeszli. Były ciepłe podziękowania i wspólne zdjęcie na tle publiczności.

Zachwycać się nie mam zamiaru, jestem zadowolona i zaliczam ten koncert i wieczór do udanych. Fajnie było ich zobaczyć i nieco powspominać czasy, kiedy „Mother Earth” była pozycją obowiązkową dla ówczesnej mnie. Po koncercie Within Temptation musiałam opuścić festiwal. Odnotować jednak należy, że tej nocy zagrały jeszcze dwa zespoły The Analogs i Indios Bravos.

Niestety niedziela na Czad Festiwal i koncert The Offspring, które oczywiście planowałam, musiałam z przyczyn niezależnych ode mnie, odpuścić. Ubolewam tym bardziej, że z relacji tych, którzy uczestniczyli w koncercie amerykańskiej gwiazdy punk rocka, wynika, że był to bardzo dobry występ. No cóż, może jeszcze kiedyś będzie mi dane ich zobaczyć gdzieś w Polsce.

Mimo, że nie udało się zaliczyć całego festiwalu, to, co zobaczyłam na miejscu, każe mi śmiało stwierdzić, że to impreza z dużym potencjałem. Oby stawała się coraz większa, a najważniejsza kwestia, by było więcej kapel, zwłaszcza tych zagranicznych. Czego im i sobie, jak najbardziej też, życzę. Mam nadzieję, do zobaczenia za rok!

Ps. Do obejrzenia kilka filmików z koncertu WT na moim kanale yt.