Ludzie, którzy przyjeżdżają na Castle Party do Bolkowa można podzielić na trzy grupy. Ci, którzy przyjeżdżają dla ogólnego klimatu miejsca, tych, którzy cały rok czekają, by spotkać się ze znajomymi, z którymi spotykają się tylko tutaj raz w roku oraz ci, którzy przyjeżdżają dla muzyki. Ja zdecydowanie zaliczam się do tej ostatniej grupy. O ile przy pierwszej i drugiej mojej edycji byłam nieco oczarowana tym, co dzieje się w lipcu w tym małym dolnośląskim miasteczku, tym razem jakoś totalnie skupiłam się na tym, co prezentuje się na obu scenach festiwalu. Niech wyznacznikiem tego będzie fakt, że prawie całkowicie zrezygnowałam z zabawy na after’ach. Koncerty tak mnie „wykończyły”, że nie miałam siły by balować do rana. I w sumie wcale tego nie żałuję, wyspałam się chociaż… ;)

Tegoroczna edycja Castle Party, podobnie jak ta sprzed roku odbyła się w trzecim tygodniu lipca. Pierwszy dzień to standardowo koncerty w byłym kościele ewangelickim. Natomiast trzy kolejne to już koncerty zamkowe, oczywiście jednocześnie z kościołem. Ja, podobnie jak w roku ubiegłym, zrezygnowałam z ostatniego dnia festu. Plan tego, co chcę obejrzeć miałam przygotowany już w momencie, kiedy pojawiła się oficjalna rozpiska. I tak, w czwartkowy późny wieczór pozycją obowiązkową był dla mnie koncert Artrosis, szczególny bo uroczyście podsumowujący 20-lecie działalności tej grupy. Dodatkowo miała to być dla mnie okazja, by po raz pierwszy usłyszeć na żywo nowe kompozycje z niedawno wydanej płyty „Odi et Amo” – bardzo dobrego albumu. Piątek z kolei stał dla mnie pod znakiem Metalday. Powoli „dzień metalowy” staje się tradycją CP, i bardzo dobrze, takich ludzi jak ja, którzy oczekują takich klimatów na tej imprezie, jest wbrew pozorom sporo. Ja najbardziej czekałam na koncert Mord’A’Stigmata oraz Darzamat. Ciekawa byłam również nowych kompozycji Hate w wersji live. W ostatniej chwili z występu na CP zrezygnowała załoga Oriona, Vesania, oficjalnie z powodu choroby jednego z członków zespołu. Nic na miejsce tej grupy organizatorzy nie wcisnęli, w sumie nic dziwnego, było już za późno. Sobota to dla mnie oczywiście główny powód przyjazdu na tegoroczny festiwal, czyli koncertParadise Lost. Jeden z moich ukochanych zespołów, którego nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczyć na żywo (!!!). Sama nie wiem dlaczego? ;) Byłam przeogromnie podekscytowana i szczęśliwa, że wreszcie na własne oczy zobaczę i usłyszę legendę gothic metalu! Wreszcie! Po drodze jeszcze czekałam na moje zeszłoroczne odkrycie, czyli polski industrialny H.Exe. Mój dokładny plan, jak się okazało na miejscu, wypełnił się idealnie, a może nawet lepiej! ;)

Do Bolkowa dotarłam wczesnym czwartkowym popołudniem. Wielogodzinna jazda jakoś wyjątkowo mnie nie zmęczyła. Chwila na mały odpoczynek i ogarnięcie się po podróży i już wieczorkiem byłam gotowa na koncerty. Jak wspomniałam, właściwie jedynym koncertem, który mnie tego dnia interesował był Artrosis. Jednak mniej więcej od 18-nastej byłam już pod sceną. Po 18-nastej wpadłam na chwilę na Victorians. Zespół ten miałam już okazję widzieć na żywo dwa lata temu, kiedy supportowali na polskich koncertach The 69 Eyes. Poza tym recenzowałam ich ówcześnie wydany album. Niestety kapela ta po dwóch latach niewiele się zmieniła, i nadal uważam, że ma niewiele do zaoferowania. To dla mnie ciągle zespół bez pomysłu na siebie. Jedyne co zmieniło się, to klawiszowiec. Z tego, co pamiętam, pisałam o tym w moim tekście i proponowałam zatrudnienie klawiszowca właśnie. Czyżby mnie posłuchali? ;) Z frekwencją nie było najgorzej, i widać, że pod sceną byli tacy, którym się podobało. Ja zrobiłam parę fotek i wyszłam. Po 20-tej pojawiłam się na God’s Bow. Nie znałam wcześniej tego zespołu, właściwie duetu. Na nich pozostałam w kościele trochę dłużej, bo klimat, który zaserwowali nawet przypadł mi do gustu. Przyjemny koncert. Po nich na scenie pojawił się zespół, który od bardzo dawna chciał zagrać na CP, Skeptical Minds. To belgijska grupa w polską wokalistką na czele. Od dawna znam tę nazwę, ale jakoś nigdy nie zagłębiałam się w ich muzykę. Na żywo zaskoczyli mnie bardzo na plus. Żywa energia, fajne mocne granie i bardzo charyzmatyczna Karolina Pacan. Dużo fanów pojawiło się pod sceną, kościół się prawie w całości wypełnił. Ludzie śpiewali wraz z wokalistką, która ani na chwilę nie zatrzymywała się i skakała po scenie i pod nią. Po koncercie Karolina chętnie witała się z każdym i pozowała do pamiątkowych zdjęć. Szczerze, nie spodziewałam się tak dobrego koncertu. Było czego posłuchać i atmosfera wygenerowana przez grupę była naprawdę sympatyczna. Gwiazda wieczoru, Artrosis wyszedł na scenę bez żadnych opóźnień. Popołudniem fani, którzy wybierali się na koncert, dostali informację na facebook’owej stronie grupy, że „mają się ładnie ubrać i umalować”, bo koncert będzie rejestrowany. Początkowo niewiadomo było w jakim celu, ale jak się później okazało, na potrzeby DVD. Bardzo czekałam na ten występ, ponieważ zaliczam się do starych fanów tej grupy i właściwie między innymi od nich zaczęła się moja przygoda z szeroko pojętym gotykiem. Mimo, że po płycie „Pośród kwiatów i cieni” przestałam śledzić szczegółowo poczynania grupy, tak zawsze wracałam do tej muzyki z dużym sentymentem. Do tej pory znam na pamięć większość tekstów z moich ulubionych „W imię nocy” i wspomnianej „Pośród kwiatów…”. Na Artrosis byłam kilkakrotnie, ostatni raz jednak dość dawno, bo w 2010 roku, więc tym bardziej miałam ochotę na ich koncert. Poza tym miesiąc temu ukazała się najnowsza płyta „Odi et Amo”, która bardzo mi się podoba (moja opinię o niej można znaleźć w limiterowym dziale „recenzje”). Wygląda na to, że zespół powrócił nieco do bardziej „organicznego” brzmienia i jak dla mnie tak mogą dziś grać. Ta bardziej gitarowa odsłona Artrosis jest dla mnie znacznie ciekawsza. Ale wracając do samego koncertu. Jak pisałam na początku, w tym roku zespół obchodzi swoje 20-lecie (już!). Co prawda szykowana jest jesienna trasa koncertowa, ale występ na CP był zapowiadany jako ten uroczysty, więc każdy fan, który przybył dla nich do Bolkowa, szykował się na długą i bardzo przekrojową setlistę. I w sumie nie zawiedliśmy się. Ale po kolei. Kościół wypełnił się dosłownie po brzegi. Ja po trzech pierwszych utworach, dosłownie „wepchałam” się do pierwszego rzędu, bo miałam wielką ochotę wytańczyć się i wyśpiewać. Tak też zrobiłam. Koncert świetny. Kondycja zespołu bardzo dobra, każdego po kolei, łącznie z Magdą. Od razu daje się wyczuć, że zespół w tym składzie jest zgrany, co przekłada się na jakość koncertu. Setlista była pokaźna, ale nie jestem w stanie odtworzyć utworów po kolei. Pojawiły się kompozycje z większości albumów. I stare i nowe kawałki. Z nowej płyty pojawiły się „Laudanum” (mój ulubiony), tytułowy „Odi et Amo”, „Odium”, „Nie zostało nic”. Ze starszych kompozycji między innymi usłyszeliśmy „Pośród kwiatów i cieni”, „Prośba”, „A ja”, „Za wszystko nic”. Publiczność bawiła się świetnie i gromkimi brawami ściągnęła zespół na bis. Poleciała „Szmaragdowa noc” w wersji „nie-elektrycznej”. Po koncercie muzycy rozmawiali z fanami i pozowali do wspólnych zdjęć. Jak wcześniej wspomniałam, koncert był rejestrowany. Byłam bardzo zadowolona, bo był to najlepszy mój koncert Artrosis. Festiwalowy czwartek zakończyłam już tradycyjnie w Sorento, nie zarywając tym razem nocki, grzecznie udałam się spać.

Niestety każdy kto czekał na moją relację z piątkowych koncertów na zamku zawiedzie się, ponieważ cały dzień spędziłam w kościele i pod nim na Metalday. W ciągu dnia na zamku byłam dosłownie raz, bodaj w trakcie występu składu Już Nie Żyjesz. Właściwie żałuję jednego zamkowego koncertu grupy Antimatter. No, ale niestety, nie jest łatwo „skakać” ciągle pomiędzy zamkiem a kościołem, zwłaszcza kiedy żar leje się z nieba. Koncerty w ramach Metalday rozpoczęły się nieco później niż planowano, bo jak pisałam na początku, z line-up’u wypadła Vesania, zatem ogólnego pośpiechu nie było. Po godzinie 16-nastej pojawił się pierwszy zespół Shodan, a po nim Extinct Gods. Kościół jeszcze wtedy świecił pustkami. Ja też spędziłam na tych krótkich koncertach dosłownie chwilkę, bowiem ani jedna grupa, ani druga nie przyciągnęła mojej uwagi. Za to czekałam na kolejny zespół, czyli Mord’A’Stigmata. Kapelę znam od dość długiego czasu, ale nie miałam nigdy okazji widzieć ich na żywo. Bardzo lubię post black-metalowe klimaty i „post’owe” w ogóle, więc wiedziałam, że się nie zawiodę. Muzyka, nazwijmy to „image” (choć w tym przypadku to słowo nie jest do końca adekwatne) oraz cała aura, jaką tworzy ten zespół na scenie, potrafi oczarować. Bardzo dobry występ, sporo ludzi pod sceną. Obejrzałam i wysłuchałam go w całości w dużym skupieniu. Mogę śmiało przyznać, że był to najlepszy koncert tego dnia w kościele. Grupa ta doskonale potwierdza, że dzisiejszy polski bm ma się bardzo dobrze, również w konfrontacji z tym zagranicznym. Jeśli będę miała okazję wybrać się na ich kolejny gig, na pewno to zrobię. Po nich na scenie zainstalował się kolejny ciekawy polski zespół Thaw. Mimo moich największych chęci pozostania na ich koncercie, po krótkiej chwili musiałam wyjść, ponieważ kościół był wypełniony dymem scenicznym i ciężko było oddychać i patrzeć. Zresztą już na koncercie Mord’A’Stigmata było tego pełno. Grzecznie słuchałam sobie na zewnątrz. Thaw to również coraz bardziej znana grupa, przede wszystkim zagranicą, właśnie zostali potwierdzeni na przyszłorocznym Inferno Metal Festival w Norwegii. Jestem pewna, że wypadną tam równie ciekawie jak na Castle Party. Po Thaw na scenie pojawił się zespół, na który bardzo długo czekałam, bo jakoś nigdy nie miałam okazji być na ich koncercie, kiedy byli u szczytu swojej kariery. No bo nie ukrywajmy, o Darzamat zrobiło się cicho na wiele długich lat. Muzycy wylądowali w UK i dopiero w tamtym roku pojawiły się informacje o powrocie na scenę i do nagrywania. Póki co na temat nowego materiału jeszcze cisza, ale pierwsze po przerwie koncerty już są, nawet zagraniczne. Darzamat dawno temu był dla mnie jednym z ciekawszych zjawisk muzycznych na polskiej scenie metalowej. Grupa, która nie dała się łatwo sklasyfikować, wprowadzała pewną świeżość na naszym rynku metalowym. Byłam ogromnie ciekawa ich występu. Właściwie nie zawiodłam się. Porządnie zagrany koncert, świetny kontakt z publicznością, fajna atmosfera, przekrojowa setlista. Sporo ludzi zgromadziło się pod sceną. Muzycy, początkowo trochę onieśmieleni, już po pierwszych kawałkach dali się ponieść publice. Myślę, że byli zadowoleni z odbioru, każdy by był. Mam nadzieję, że zaczną koncertować, i gdzieś ich niebawem posłucham na żywo. Po energetycznym koncercie Darzamat, przyszła kolej na gwiazdę dnia, czyli Hate. Tutaj zawodowstwo wysokich lotów, wiadomo. Imponująca scenografia sceniczna. Moje zaskoczenie, Domin z Vedonist na gitarze (czyżby mi coś umknęło?). Czekałam na ten koncert, a szczególnie nowe utwory. Dobry koncert, masywne brzmienie, kościół wypełniony po brzegi. Nowe kompozycje wypadły świetnie. Niestety nie zostałam do końca, bo chciałam zobaczyć gwiazdę dużej sceny, czyli L’ame Immortelle. Właściwie z czystej ciekawości, kapelę znam z zaledwie kilku utworów. Niegdyś bardzo promowana przez niemieckie stacje muzyczne. Trochę się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam „pustki” na scenie. Nie było w ogóle gitar, a z tego, co pamiętam, to było kiedyś „gitarowe granie”. No, ale żeby tylko to. Sample samplami, ale wokale… Matko, co to była za katastrofa! Nie dało się tego w ogóle słuchać, i jeszcze ta „przykra” angielszczyzna wokalistki. Moje uszy nie mogły tego znieść, więc po zdjęciach odpuściłam sobie ten koncert. Kawałek, który chciałam usłyszeć, usłyszałam już z okna swojej sypialni. Niestety nie wypadł tak dobrze, jak w oryginalnej wersji. Szkoda. Myślę, że wybór tej grupy jako headlinera nie był do końca trafiony. Wspomniałam o sypialni… Tak, nie miałam siły na tańce i hulanki w Sorento. Poszłam spać. Bo jutro miał być ważny dzień.

Sobota, 18 lipca 2015. Ważna data. Wyczekiwana od paru miesięcy. Ja, wielka fanka Paradise Lost, miałam zobaczyć ich po raz pierwszy na żywo. Jakoś zawsze miałam pecha do ich koncertów, podczas gdy takiego Moonspell’a widziałam już… wieleee razy. Cóż, bywa. W sobotę z kolei odpuściłam całkowicie kościół i praktycznie cały dzień spędziłam na zamku. No może nie cały, bo dotarłam tam pod koniec występu Heimataerde. Trzeba było coś w końcu zjeść ;) No ale potem nie ruszałam się już z miejsca. Bardzo fajny koncert dała Rabia Sorda. Nie są to moje klimaty, ale o dziwo nawet mi się podobało. Wokalista miał ciekawą manierę, taką trochę „metalcore’ową”. Generalnie dali bardzo udany, energetyczny koncert, publiczność zgromadzona pod sceną, widać, dobrze się bawiła. Ja, mimo wszystko, oprócz PL wyczekiwałam tego dnia polskiego H.Exe. Nie znałam wcześniej tego wrocławskiego zespołu, dopiero w tamtym roku Krzyś Rakowski podesłał mi jakieś linki, mówiąc, że będą na CP 2015. Mimo, że jak mówię, na co dzień nie słucham takiej muzyki, H.Exe od razu mi się spodobało, i tu główna zasługa świetnego wokalu. Ale na żywo mnie zaskoczyli jeszcze bardziej. Mianowicie wystąpili z żywą perkusją i drugą gitarą. Obaj dodatkowi muzycy to panowie z The Sixpounder. Oczywiście od razu ich rozpoznałam, jeszcze przed koncertem. A sam koncert? Po prostu świetny! Zabrzmieli zupełnie inaczej, zabrzmieli industrialnie-metalowo! I od razu w głowie jakieś skojarzenia z Rammstein, czy Samael (!). Tak, tak, tego ostatniego skojarzenia nie mogłam się pozbyć do końca ich występu. Jak bardzo byłam zaskoczona, kiedy wokalista zapowiedział cover… Samael’a właśnie! „Baphomet’s Throne” w ich wykonaniu wypadł naprawdę wyśmienicie. Pogratulować! I tym mnie już całkiem kupili! ;) Jestem ciekawa, czy te dwie gitary pozostaną na żywo… Byłoby doskonale. Taka ich odsłona dużo bardziej mi pasuje. Mam nadzieję, że będę miała okazję zobaczyć ich na żywo gdzieś bliżej moich okolic. Do Krakowa też jestem w stanie na nich pojechać ;) Będę się im bacznie przyglądać, bo takich zespołów w Polsce jak na lekarstwo. Czasem żałuję, że nie mieszkam we Wrocławiu, bądź w okolicach, ponieważ ta polska industrialna scena ma tu swoje źródło i sporo fajnych kapel tu działa. H.Exe doskonale mnie rozgrzało przed PL, no ale przed nimi była jeszcze norweska Wardruna.

Przyznaję bez bicia, nie interesuję się, ani nie słucham szeroko pojętej muzyki etnicznej, czy folku. Trzeba przyznać, że aby móc w pełni odebrać koncert takiego zespołu, trzeba naprawdę czuć tę muzykę. Na pewno podkreślić należy, że występ Norwegów był niezwykle klimatyczny. Do tego dostosowała się nieco aura, zaczął kropić deszcz. Gra instrumentów, wokale, światła, to wszystko wprowadziło magiczny klimat tej nocy na zamku. Wiem, że bardzo dużo ludzi zjechało właśnie na nich, więc dziedziniec był full. Wardruna nie stłumiła jednak mojej ekscytacji, która już zaczynała sięgać zenitu. Odliczałam kolejne minuty i tylko modliłam się, by nie padało, bo miałam zamiar dać z siebie wszystko pod sceną. W końcu to miał być mój pierwszy PL.

Nie miałam żadnych oczekiwań. Oglądałam wiele koncertów Paradise Lost na yt. I z gotyckich, i bardziej metalowych festiwali. Liczyłam tylko na to, że oprócz oczywistego dostosowania się do charakteru imprezy, postawią też na doom/death’owe kompozycje. Że będą starocia, ale też nowa płyta, która jest DOSKONAŁA! Ze mną i PL jest tak, że kocham praktycznie każdą ich muzyczną odsłonę, metalową, rockową, jak i bardziej elektroniczną. To, co od lat robi Greg Mackintosh właściwie nie może się równać z niczym innym, a niesamowity wokal Nick’a Holmes’a wykańcza tę muzykę wprost idealnie. Pionierzy gothic metalu pojawili się na scenie o czasie. Nawet robiąc zdjęcia, nie mogłam opanować emocji i pozwalałam sobie na „lekkie podrygi”. Kiedy już wróciłam za barierki, to był już istny szał. Przecisnęłam się do samego przodu i poniosła mnie muzyka. Dosłownie! Pięknie zaczęli, poleciały „The Enemy”, nowy świetny „No Hope In Sight”, taneczny „Erased”, kultowy „Gothic” (cóż to były za emocje!), potem równie znaczący „One Second” (kocham!). Ze staroci usłyszeliśmy jeszcze „As I Die”, „Pity The Sadness” i „True Belief” (ależ się darłam!). Z mojego ukochanego „Draconian Times” pojawił się „Enchantement” (szczególnie go zapamiętam!) oraz „Hallowed Land”. Nowa wybitna płyta zaprezentowana została również przez „The Plague Within”, „Terminal” i „Victim Of The Past”. Pojawił się jeszcze przepiękny „Faith Divides Us, Death Unites Us”. Z bardziej rockowych kompozycji, oprócz wspomnianego „Erased” i „One Second” wybrzmiały„Isolate” (ależ się wyskakałam!) i na koniec „Say Just Words”. Przedostatni album reprezentował numer tytułowy, „Tragic Idol”. Setlista była bardzo przekrojowa. Ja cieszę się, że usłyszeliśmy dużo starych, ciężkich numerów. Choć mnie osobiście zabrakło absolutnego kultu w postaci „Forever Failure” (mam nadzieję, następnym razem!), a „Tragic Idol” zamieniłabym na „Fear Of Impending Hell” (szczególny dla mnie). Czekałam jeszcze na coś z „Host”, na przykład „So much Is Lost”… Generalnie jednak jestem bardzo zadowolona z doboru utworów. A jak sam zespół? Świetny! Obawiałam się troszkę kondycji wokalnej Nick’a, bowiem nie jest tajemnicą, że w ostatnich latach to już nie ten wokal co kiedyś, ale wypadł bardzo dobrze. Niesamowicie uderzył mnie jego luz i bezpośredniość na scenie. Co chwila żartował i zagadywał publiczność pomiędzy utworami. Najbardziej „spodobał” mu się jakiś człowiek, który spał pod barierkami (chyba wolontariusz) ;) Wspomnieć należy, że za perkusją siedział młody muzyk Waltteri Väyrynen , który wspomaga grupę na aktualnych koncertach. Możliwość stania (prawie) naprzeciwko Greg’a i obserwowania każdego jego ruchu, to było coś wyjątkowego! ;) Do tej pory nie wiem jak to się stało, że ten koncert dosłownie mi „przeleciał”. Przecież setlista była dość długa… No ale najpiękniejsze chwile mają to do siebie, że giną w mgnieniu oka… Pozostał ogromny niedosyt! Początkowo nie miałam w planach koncertu jesiennego, ale chyba „nie poradzę sobie” i stawię się 21 października we Wrocławiu… ;)

Po koncercie PL udałam się pośpiesznie na backstage (dzięki Krzyś!). Musiałam choć na chwilkę ich zobaczyć i zamienić słowo! ;) Nie przeżyłabym chyba, gdybym tego nie zrobiła! ;) Panowie nie kazali na siebie długo czekać, po około godzince byli już dostępni. Widziałam, że pojawili się również ludzie z polskiego fan clubu PL. Ja najwięcej przegadałam z Aaron’em (przesympatyczny facet!). Wspominał starsze koncerty w Polsce, zwłaszcza Metalmanię. Mówił, że ilekroć tu grali, zawsze było fantastycznie. Ponadto stwierdził, że koncert na CP był o tyle wyjątkowy, że po raz pierwszy od wielu lat zagrał go na nowej gitarze (przypominam, że panowie z PL są od lat wierni polskiej marce Mayones). Pogadaliśmy również o nowym albumie. Potem pojawili się pozostali muzycy, Steve, Greg i na końcu Nick. Wszyscy niesamowicie wyluzowani i dowcipni. Jestem Nimi naprawdę oczarowana! Porobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i niestety trzeba było wracać. Słowa Nick’a, kiedy odchodził, do tej pory „dzwonią mi w uszach” – „Dzięki, że przyszliście!” ;) To raczej ja powinnam to powiedzieć… ;) Ten koncert i to spotkanie zostaną ze mną na długo!

Castle Party po raz kolejny spełniło moje muzyczne marzenie. To dopiero moja trzecia edycja, ale tyle przeżyć, których tam doświadczyłam, może mi pozazdrościć niejeden fan swoich zespołów. Mam wielką nadzieję, że przyszłe lata będą tylko dokładać mi takich wrażeń! ;) Mimo, że w czwarty dzień festiwalowy musiałam już wracać, to nie żałowałam, bo sobotnie emocje trzymały mnie przez całą długą podróż do domu. Tak naprawdę, trzymają mnie cały czas… „Jadę” po całej dyskografii PL ;) I jeszcze pewnie trochę to potrwa. Być może do 21 października… ;) Mam nadzieję, że przyszłoroczna edycja Castle Party będzie równie udana, a klimat i pogoda będzie dopisywać jak w tym roku i w dwóch poprzednich. Każdej gotyckiej duszy polecam to miejsce i ten festiwal, zwłaszcza tym, którzy jeszcze tam nie byli!

Ps. Na koniec, tradycyjnie, wielkie dzięki dla Krzysia Rakowskiego! :)