10848717_754444504610814_7155925725375324396_o-1Kiedy myślałam o nowym albumie Moonspell, mimo tego, że zespół już na początku zapowiadał, w jakim mniej więcej stylu będzie „Extinct”, bardzo chciałam usłyszeć coś na kształt „Darkness And Hope”. Nie wiem, być może to przez ubiegły rok, który był dla mnie czasem pewnych podsumowań, związanych z moimi osobistymi relacjami z tą portugalską grupą. Od „Darkness and Hope” tak naprawdę zaczęła się moja z Nimi przygoda. Darzę ten album wielkim sentymentem po dziś dzień.

Ostatni podwójny album „Alpha Noir/Omega White”, wydany w 2012, nie wywołał u mnie przysłowiowego „wow!”. Owszem, mam tam kilka ulubionych kompozycji, ale w stosunku do mojego ukochanego „Night Eternal” z 2008, pozostaje nieco w tyle. Nie będę się tu bawić w ustawianie hierarchii ulubionych albumów Moonspell, jedno jednak zawsze przyznaję, że wolę bardziej ekstremalnego Moonspell’a, bardziej blackowego, bardziej gothic metalowego. No, ale… co tam moje oczekiwania. Ten zespół słynie z tego, że się nie powtarza. Każdy album osadzony jest we właściwym dla niego czasie i każdy jest totalnie inny. Dlatego u Moonspell’a każdy znajdzie coś dla siebie, stąd co fan to inna opinia. W tym właśnie zawsze upatrywałam ich muzyczny geniusz. Geniusz do tworzenia rzeczy niepowtarzalnych.

Z muzyką jest u mnie prosto. Albo przemawia do mnie w pełni, albo w ogóle. To pierwsze wrażenie, kiedy odpalam nowy materiał. Pierwsze odczucia, do których zawsze wracam. Takim odczuciem było moje wielkie zaskoczenie (i dezorientacja), kiedy w Nowy Rok usłyszałam pierwszy utwór z „Extinct”, „The Last of Us”. Przyznam szczerze… raczej nie wracam do tego kawałka, z premedytacją go wręcz omijam, gdy słucham całej płyty. Nie, żebym uważała go za jakąś wielką porażkę, ale jednak to nie to, za co lubię Moonspell. Nie chce mi się wysilać na porównania do konkretnych fińskich kapel nurtu gotyckiego rocka, ale stwierdzić należy, że tak to właśnie brzmi. I jakkolwiek lubuję się w fińskim rocku gotyckim, tak mówię NIE dla „uprawiania” go przez mój zespół. Co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej? Reakcja fanów,  która do dziś jest bardzo pozytywna. No ok, z moją tolerancją na ten kawałek jest już znacznie lepiej (refren wchodzi!). W każdym razie, po usłyszeniu „The Last Of Us” zaczęłam się mocno obawiać nowej płyty. Ale z drugiej strony, wiem, że zwykle jest tak, że zespoły lubią zaskakiwać i na początek wybierają taki utwór, który potrafi zupełnie odstawać od całości. Moonspell tak właśnie zrobił.

Od jakiegoś miesiąca słucham „Extinct” przynajmniej raz na dzień, zatem mogę powiedzieć, że jestem osłuchana i spokojnie, na chłodno, mogę wyrazić o nim moją opinię. Niewielu mi wierzy, że jestem w stosunku do mojego zespołu obiektywna, ale… mało mnie to interesuje! Powiem więcej, jestem w stosunku do nich bardzo surowym krytykiem, na pewno najsurowszym, jakiego znam. Osobiste koneksje nie wpływają absolutnie na moją ocenę. I tak jak jestem w stanie ocenić, czy zagrali dobry koncert, tak samo oceniam ich albumy. Ale wracając do meritum, czyli nowego lp. Kiedy pojawił się numer tytułowy, byłam już spokojna o ten album. Mimo przebojowości, którą bez wątpienia ten utwór ma, fajnie nawiązuje do „Alpha Noir”, mieszając surowe, mocne partie z growl’em z podniosłym melodyjnym refrenem. Taki typowy Moonspell. No i numer, który niedawno pojawił się w sieci - „Breathe (Until We Are No More), który z tego zestawu trzech kompozycji zaprezentowanych przed oficjalną premierą albumu, podoba mi się najbardziej. Ba, to jeden z moich ulubionych na „Extinct”.

Nowy album już od pierwszych chwil uderzył mnie swoim perfekcyjnym brzmieniem i świetną produkcją. Zespół spędził prawie miesiąc w szwedzkim Fascination Street Studios znanego producenta Jens’a Bogren’a (tego od Opeth, Katatonii, Amon Amarth, Kreator, czy Dark Tranquillity). Efekty są niesamowite. Ośmielę się nawet stwierdzić, że chyba najlepsze do tej pory. Moonspell nie brzmiał chyba nigdy tak dobrze jak tu. Do oczywistych, bardzo technicznych kwestii, należy dodać, że „czarodziej Jens” uformował z tej muzyki coś, co pierwszy raz nie brzmi tak typowo dla tego zespołu. Dla jednego to dobrze, dla drugiego wręcz przeciwnie. To kwestia produkcji, a jak jest z samymi kompozycjami? Generalnie wyobraźcie sobie połączenie takich albumów, jak „Sin”, Darkness And Hope” i „The Antidote”, dodajcie do tego „beat” The Sisters Of Mercy i mamy pewną ogólną charakterystykę klimatu muzycznego tej płyty. „Extinct” to dziesięć kompozycji „skompresowanych” w czasie idealnym, czyli nieco ponad czterdzieści minut. Zatem jak na Moonspell’a krótko, a nawet bardzo krótko. Utwory same w sobie mają podobną długość. Zapomnijcie o rozbudowanych strukturach, rozciągniętych motywach, czy popisach poszczególnych muzyków, no może poza kilkoma świetnymi solami Amorim’a (jak w „Extinct”„Domina”, czy „The Future Is Dark”) i generalnie niesamowitej metamorfozie wokalnej Fernando. Właśnie, o warstwie wokalnej należy w tym miejscu powiedzieć trochę więcej niż zwykle, bowiem Ribeiro wykonał tu kawał porządnej roboty. Jak sam przyznaje, pracował nad nimi bardzo długo, dopieszczając wszystkie szczegóły. I to słychać! Fernando śpiewa tu znacznie wyżej, niż do tej pory, jego charakterystyczne growl’e pojawiają się bardzo sporadycznie (jako dodatki), zaskakuje również pewnymi nowymi „zabiegami”, jak w „Malignia”. Rytmicznie album jest bardzo równy, ma się nieodparte wrażenie, że kompozycje (nawet te mocniejsze), pozostają (nie bójmy się użyć tego słowa) w pewnym „tanecznym” rytmie. A co z Pedro? Tym razem podzielił się nieco robotą z turecko-izraelską orkiestrą Mumin Sesler String Group. Tak, tak, Moonspell ma prawdziwe orkiestracje! Utwory takie jak „Breathe (Until We Are No More), czy „Medusalem” przenoszą nas w orientalny świat Bliskiego Wschodu. W „Medusalem” pojawia się głos kobiety mówiącej w języku perskim, ów głos należy do niejakiej Mahafsoun, modelki i tancerki (znacie ją pewnie z występów z Moonspell w Kanadzie). Niezwykle egzotycznie brzmi taki Moonspell, mi od razu te wstawki bardzo przypadły do gustu! Jeśli chodzi o moje ulubione kompozycje, to jest to na pewno wspomniany „Breathe (Until We Are No More”), od którego jestem wręcz uzależniona i spokojnie mogę go już ustawić w rzędzie ulubionych kawałków Moonspell. Kolejnym „moim” utworem jest „Malignia” – najmocniejszy numer na płycie, niesamowity, kipiący energią, jednym słowem Moonspell, jakiego uwielbiam! „Funeral Bloom”, który jak dla mnie, z całego zestawu, najbardziej nawiązuje do TSOM, i oczywiście przedostatni (bardzo ważny na płycie) „The Future Is Dark” – niesamowicie przejmujący, paradoksalnie mroczny i ciężki (zwłaszcza tekstowo) w swojej lekkości. Słowo należy również powiedzieć o pewnej „ciekawostce” na płycie, a mianowicie krótkiej kompozycji zamykającej album – „La Baphomette”. „Funeralna”, krótka muzyczna impresja, a’la początek XX wieku w Paryżu. Na pewno „kilku” fanów zaskoczy! Mówiąc o „Extinct” nie możemy zapomnieć o pozamuzycznym koncepcie, czyli lirykach i oprawie graficznej albumu. To, co właśnie najbardziej zaskakuje w tej płycie, i czyni z niej pewien paradoks, to właśnie „ciężkość” tekstów i „lekkość muzyki”. Rzeczywiście Fernando nie kłamał, kiedy parę miesięcy temu zapowiadał, że będzie to najlepsza pod względem tekstów płyta. Mrocznie, nostalgicznie, czasem wręcz pesymistycznie. Poza tym, chyba najbardziej uniwersalne jego teksty, które każdy może odnieść do siebie (pod warunkiem, że nie obca mu tematyka przemijania i wymierania). No i okładka, a raczej jej trzy wersje, autorstwa Seth Siro Anton’a (Septicflesh). Jednych obrzydza, inni się zachwycają. Ja skwituję to jednym zdaniem. Chcesz zobrazować wszystko, czym jest Moonspell? Nie musisz, spójrz na tę okładkę! Jeśli niczego tam nie widzisz, to znaczy, że… na to odpowiedz sobie sam!

Kiedy „oddalam się” od „Extinct”, „przyglądam” mu się z pewnej perspektywy, to mam nieodparte wrażenie, że zespół podsumowuje na tej płycie wszystko, co do tej pory stworzył. Sama nie wiem, czy to wpływ ogólnej tematyki tekstów i całego konceptu, bo umówmy się, słuchając Moonspell po prostu nie da się nie zwracać uwagi na twórczość Fernando, jedno jest pewne, takie odczucia (jestem prawie pewna) będą towarzyszyć wielu osobom słuchającym „Extinct”. Zespół przez ostatnie lata bacznie przysłuchiwał się temu, co mówią fani (bo kto jak kto, ale oni potrafią słuchać fanów). Mimo, że osobiście nie uważam „Sin” za ich najlepszy album, wiem, że wielu oczekiwało od tego zespołu podobnego materiału. Pewności nie mam, ale wydaje mi się, że ci będą z „Extinct” najbardziej zadowoleni (wynika to z moich dotychczasowych obserwacji). Ja już dziś wiem, że będzie to dla mnie jeden z czterech najczęściej słuchanych albumów Moonspell. Kończąc ten ostatni akapit, słucham właśnie „A Dying Breed”, utworu numer osiem… Hmm, czyżby na „Extinct” było więcej mojego „Darkness And Hope”, niż wcześniej mi się wydawało…?