Napalm Records ostatnio rozpieszcza mnie swoimi wydawnictwami i większość z nich trafia prawie idealnie w mój gust. Tak też jest w przypadku albumu, o którym chcę opowiedzieć. Przeczytałam notkę prasową i zupełnie w ciemno postanowiłam, że zapoznam się z najnowszą propozycją pochodzącego z Niemiec zespołu Thulcandra. Właściwie już na sam dźwięk określenia „melodyjny black metal” reaguje dość spontanicznie. Wbrew pozorom, zespołów wartych uwagi, pielęgnujących tradycję takiego grania nie jest dziś zbyt wiele. Większość z nich „zalega” w przysłowiowym podziemiu i tylko odpowiednio szukając, można trafić na coś wartościowego. Niestety lata świetności ten gatunek ma już dawno za sobą, a główne kapele tego nurtu dziś już ciężko jednoznacznie zakwalifikować. Ostatnim takim zespołem, którym zachwyciłam się totalnie był norweski Krake i ich „Conquering Death” wydany przed trzema laty.

Każdy, kto wymaga od black’u czegoś więcej niż „napierdzielanki”, dla kogo liczy się atmosfera, i nie bójmy się tego słowa „melodia”, powinien koniecznie sięgnąć po„Ascension Lost”. To jest taki black, który kocham najbardziej. Szybki, agresywny, a zarazem niesamowicie klimatyczny, zimny i… piękny. Wyjątkowość materiału, jaki prezentuje Thulcandra polega na czymś jeszcze. „Ascension…” mogłoby być brakującym ogniwem między „The Somberlain” a “Storm of the Light’s Bane” kultowego Dissection. I nie mówię tu tylko o muzyce, ale również o wokalu Steffen’a Kummerer’a (znanego przede wszystkim z progresywno-death metalowego Obscura), a także o całej wizualnej otoczce Thulcandra. Zespół wydaje się być dumnym z takich porównań i w sumie nic w tym dziwnego.

„Ascension Lost” jest dziełem kompletnym. Od początku do końca. Dopracowanym w najdrobniejszym szczególe. Brzmieniowo powala. No, ale to rzecz oczywista, kiedy pieczę nad tym sprawuje Kummerer – doskonały muzyk i inżynier dźwięku. Albumu słucha się bardzo dobrze, i odnosi się wrażenie, że jest jedną wielką całością, co nie zmienia faktu, że każda kompozycja „żyje swoim życiem”. Mimo, że muzyka ta, jak wspomniałam na początku, odwołuje się do klasyki melodyjnego black metalu, opiera się solidnie na nowoczesnych fundamentach. Główną rolę na „Ascension…” odgrywa klimat, miejscami nostalgiczny i przytłaczający, a klimat ten budują przede wszystkim niesamowite gitary. Pełno świetnych riffów i doskonałych solówek. Można odnaleźć na płycie sporo progresywnych elementów, melo death metalowych wstawek, między tym wszystkim przemykają akustyczne gitary (piękne!). Wszystko to wpływa na pewną kompleksowość brzmienia, a dominujący melodyjny black nie jest tu taki jednoznaczny. Brzmienie jest niesamowicie dobrze wyważone, sekcja rytmiczna bardzo selektywna, a całe instrumentarium pięknie ze sobą współgra. Utwory idealnie wykańcza oryginalny wokal Kummerer’a.

„Ascension Lost” to dziesięć świetnych kompozycji, wśród nich dwa utwory instrumentalne. „The First Rebellion”, „Throne of Will” i “Deliverance in Sin and Death” to szybkie death’owe numery zabarwione black’iem i zarazem najciekawsze pod względem gitar – świetne riffy i zapadające w pamięć solówki (zwłaszcza w „Deliverance…”). Moimi ulubionymi są natomiast „Demigod Imprisoned”, „The Second Fall” i tytułowy numer „Ascension Lost” - “wiejące” skandynawskim chłodem, napakowane blastami, a przy tym najbardziej klimatyczne. Na albumie nie odnajdziemy przysłowiowych „zapychaczy”, wszystkie utwory są ze sobą w pewien sposób połączone i największą przyjemność sprawia słuchanie płyty w całości, od początku do końca.

Pewnie w przypadku najnowszej propozycji Thulcandra mogą pojawić się pewne zarzuty w kontekście jej oryginalności. Śledząc zespołową stronę, nawet widziałam opinie w stylu „za dużo kopiowania Dissection”, etc. Mnie to na pewno nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, cieszę się, że jest zespół, który pielęgnuje tradycję tej legendarnej kapeli. A jeśli robi to dodatkowo w sposób perfekcyjny, to tym bardziej jestem na tak. Jeśli miałabym wskazać cechy, jakie powinien mieć dla mnie melodyjny black metal, to na pewno wskazałabym na muzyczną zawartość „Ascension Lost”. Jestem całkowicie zauroczona tym materiałem. Poleciłabym go nie tylko fanom niezapomnianego Dissection, ale również tym, którzy tęsknią za norweskim melodyjnym/atmosferycznym black’iem lat 90. Thulcandra ma chyba nowego fana… w mojej skromnej osobie… ;)