Mówiąc o debiutanckim albumie warszawskiej grupy Portland Rum Riot, zatytułowanym „53 minuty do wschodu”, po prostu nie da się uniknąć porównań do aktualnie chyba najpopularniejszego rockowego bandu w Polsce – Comy. I wcale nie upatruję w tym niczego negatywnego, bo łódzką ekipę darzę wielkim szacunkiem i sentymentem. Mimo tych wszystkich skojarzeń i podobieństw, PRR zachowują swoją własną tożsamość.

Debiut PRR to dawka ciężkiego rocka, opartego na ciekawych riffach, solidnej sekcji rytmicznej, do tego całkiem niezły wokal (mimo, że bardziej delikatny, niż „brudny”) i polskojęzyczne teksty. Słowo na ich temat, udaje się autorowi uniknąć pewnej powierzchowności i banalności, co jest nagminne w naszym kraju. Materiał brzmi dobrze pod względem wykończenia i produkcji. „53 minuty…” zabiera słuchacza w długą podróż. Już od pierwszych dźwięków słychać, że panowie mają wiele do powiedzenia w kwestii muzycznej. Mimo, że to debiutancki materiał, nie można mu odmówić dojrzałości i przemyślanego podejścia do pisania muzyki, technicznie jest równie dobrze.

Każda kompozycja to nieco inna historia, co świadczy o pewnej złożoności całości. Jeśli chodzi o moich faworytów, to na pewno trójka „Uwalniam się”, głównie ze względu na moc, ciężar i „niepokojący” klimat. Kolejny, przy którym zatrzymuję się na dłużej, to piątka „Kwiaty” – ciekawe gitary (solo i końcówka kawałka). Wyróżniłabym również utwór numer siedem, czyli „Przecięty”, mocny, przejmujący kawałek.

Kompozycje zawarte na „53 minuty…” są przepełnione rockową szczerością i agresją zarazem. I to nie tylko w warstwie muzycznej, ale również tekstowej, co powinno zainteresować tych, dla których liryki są równie ważne. Portland Rum Riot to propozycja dla fanów takich polskich zespołów, jak Coma, czy Carrion, ale także dla tych, którzy lubią posłuchać dobrego ciężkiego rocka w polskim wydaniu.