Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że wrocławski Nasty Crue robi sobie przysłowiowe „jaja”, głównie w sferze wizerunkowej. Nic bardziej mylnego, wystarczy włożyć do odtwarzacza ich debiutancką propozycję „Rock’n’Roll Nation”, by przekonać się, że wszystko jest jak najbardziej na serio! No, może prawie wszystko… Glam rock/metal w Polsce? Przyznać należy, że brzmi to co najmniej egzotycznie… No, mi bynajmniej nie przychodzą do głowy żadne polskie nazwy zespołów, które parały by się takim rodzajem grania.

Wszystko w przypadku Nasty Crue jest tak jak być powinno, w przypadku takiej muzyki. Jest niezwykle barwny image, są wyszukane pseudonimy, no i są wreszcie odpowiednie dźwięki. Materiał, który serwuje nam grupa jest stosunkowo krótki, szybki i energetyczny. Składa się na niego osiem kompozycji, w tym dwa bonusy. Czego możemy się spodziewać po jego zawartości muzycznej? Przede wszystkim, przyjemnego gitarowego grania, wysokich wokali, nośnych melodii i sporej dawki dobrej zabawy. Kompozycje, mimo pozornej prostoty, przynoszą też sporo całkiem ciekawych riffów i zgrabnych solówek. Gitarowo raczej nikt, kto lubi taką muzykę, nie powinien się nudzić. Co więcej, „Rock’n’Roll Nation” miejscami odwołuje się do sprawdzonych hard rockowych patentów. I tego klasycznego hard rocka jest tu sporo, w czym upatruje największą zaletę tego materiału. Jeśli miałabym wskazać konkretne utwory, to na pewno będzie numer tytułowy „Rock’n’Roll Nation”, w mojej opinii najbardziej wyróżniający się na płycie. Materiał jest generalnie równy, a kompozycje oparte na podobnych schematach.

Propozycja Nasty Crue jest skierowana głównie do tych, którzy są fanami takiego grania. Zespół ma szansę zagospodarować sobie sporą przestrzeń na polskim rynku muzycznym, bo konkurencji, póki co, brak. Mogą też być spokojnie polską alternatywą dla takiego Steel Panther. Choć kto wie… anglojęzyczne teksty dają im spore pole manewru. Pytanie, jak to wykorzystają…