Zwykle mam tak, że po okresie obcowania z cięższymi klimatami, sięgam po coś, co może zrównoważyć to „przeciążenie”. Ten rok, odkąd się zaczął, przynosi mi wiele zaskoczeń. Bardzo pozytywnych zaskoczeń. Ten rok to rok świetnych i bardzo dobrych albumów. Bez względu na gatunki i stylistyki. Przynosi przede wszystkim albumy, które całkowicie zmieniają moje podejście do zespołów. Uwielbiam to! Odkrywać coś na nowo, przekonywać się do czegoś. To bardzo pasjonujące w muzyce. Ciekawie jest także obserwować progres zespołów i artystów. Nie twierdzę, że bohaterka tej recenzji, czyli norweska wokalistka Liv Kristine wcześniej nie nagrywała dobrych albumów, jednak „Vervain” to prawdziwa perełka. To po prostu piękny, emocjonalny album. Każdy, kto z rozrzewnieniem wspomina najlepsze czasy Theatre Of Tragedy, powinien bez dwóch zdań sięgnąć po najnowszą solową propozycję Liv.

Fanom klasyki gothic metalu kobiety o anielskim głosie przedstawiać nie trzeba. Zatem nawet nie zamierzam. Liv Kristine to ikona. Fakt, że od czasu „zwolnienia” jej z Teatru minęło wiele lat, a ona wydała już cztery solowe albumy i pięć płyt ze swoim aktualnym zespołem Leave’s Eyes, dla wielu pozostanie na zawsze głosem Theatre Of Tragedy. Można zadawać sobie pytanie, jak potoczyłyby się losy tego kultowego zespołu, gdyby jednak panowie nie postanowili pozbyć się twarzy zespołu i jego głównego atutu. Jak wiadomo, grupa nie pociągnęła długo z nową wokalistką i od dobrych czterech lat nie istnieje. Zemsta losu? Kto wie… A Liv? Liv rozkwitła i jest w świetnej kondycji twórczo-wokalnej. Nie od dziś wiadomo, że oprócz heavy metalu, w jej sercu zawsze było miejsce na lżejszą muzykę, i taką właśnie starała się prezentować na swoich solowych albumach. Mieszanka popu, pop-rock’a, elektroniki, to wszystko możemy odnaleźć na jej trzech pierwszych albumach. Na wydanym dwa lata temu „Libertine” da się już zauważyć lekki skręt w stronę cięższych klimatów.„Vervain” ze swoimi poprzednikami tak naprawdę łączy jeden element… głos Liv. To zupełnie inny poziom kompozycyjny, stylistyczny, wykonawczy, a przede wszystkim emocjonalny. Zanim przystąpiłam do odsłuchiwania materiału, przeczytałam promocyjne info o wydawnictwie… „dla fanów Leave’s Eyes i Theatre Of Tragedy”. Jako, że zawsze uważałam się za fankę Teatru, postanowiłam, że muszę koniecznie sprawdzić „Vervain”. Bezwzględnie zauroczyłam się tym albumem, a zwłaszcza jego kilkoma kompozycjami.

Może na początek słowo na temat tego, czym muzyka zawarta na „Vervain” różni się od muzyki wspomnianych zespołów. Na pewno brakuje jej rozmachu i patetycznego tonu. Kompozycje są krótsze i mniej złożone. Jednak to, co łączy bez wątpienia ten album z dokonaniami zespołów, z których Liv Kristine jest znana, to atmosfera. Materiał jest bardzo klimatyczny za sprawą wszędobylskich partii klawiszowych. Jest pięknie, mrocznie, momentami niepokojąco, emocjonalnie i zmysłowo. I to jest to, co najbardziej odróżnia ten album od poprzednich solowych wydawnictw wokalistki. Jest to bez wątpienia jej najcięższa solowa płyta. Czyżby Liv znudziła się „pop’em”? Być może. I dobrze, bo jednak jej wyjątkowy głos najlepiej odnajduje się w pięknych i mrocznych kompozycjach.

„Vervain” nie jest długim albumem. Jednak jest wystarczająco długi, by dać się ponieść jego urokowi. Zawiera dziesięć bardzo równych utworów. Większość utrzymana w średnich tempach, oparta na masywnych, melodyjnych gitarach i klawiszach. Właściwie obok skojarzeń z Theatre Of Tragedy, pobrzmiewa mi tutaj starsza Lacuna Coil, co oczywiście jest wielką zaletą tego materiału.

Na płycie pojawiają się goście. W „Love Deacay”, który został wybrany na utwór promujący płytę, wspólnie z Liv śpiewa Michelle Darkness, wokalista niemieckiego zespołu End Of Green. Natomiast w „Stronghold of Angels” gościnnie wystąpiła Doro. Oba utwory to prawdziwe perełki, zwłaszcza „Love Decay” z przyjemnym niskim wokalem Michelle’a. Liv nie odcina się całkiem od tego, co prezentowała na poprzednich solowych wydawnictwach. Pojawiają się nowoczesne, elektroniczne wstawki, a takie kawałki, jak tytułowy „Vervain”, „Hunters” czy „Elucidation”spokojnie mogłyby znaleźć się na którejś z wcześniejszych jej płyt. Jeśli miałabym wskazać utwory, które podobają mi się najbardziej, to są to na pewno kompozycje „duchem” nawiązujące do TOT, czyli „Two and a Heart” oraz zamykający płytę„Oblivious”. Z pozostałych wyróżniłabym numer jeden, czyli „My Wilderness”, wspomniany wcześniej „Love Decay”, „Creeper” oraz wyjątkowa na płycie, nastrojowa ballada „Lotus”. „Vervain” zatem mieni się wieloma barwami, jedno jest pewne, to bardzo dobry materiał, również pod względem produkcji. A jeśli już o niej mowa, to odpowiada za nią (oczywiście) mąż Liv, Alex Krull.

Jeśli pokusiłby się o określenie jednym słowem albumu „Vervain”, to na pewno byłoby to słowo „klimatyczny”. Piękny w swojej prostocie. Gotycki. Myślę, że gdyby Theatre Of Tragedy istniałby nadal i nagrywał w pierwotnym składzie, to biorąc pod uwagę zmieniające się „trendy” i proces, jaki w tym zespole zachodził na przestrzeni lat, to jestem prawie pewna, że nagrałby bardzo podobną płytę. Udało się Liv przechwycić na tym albumie tamtą atmosferę i dzięki temu słuchając „Vervain” pojawia się wiele skojarzeń z TOT gdzieś z końca lat 90. Reasumując, w pierwszej kolejności materiał powinni sprawdzić ci, którzy tęsknią za tym kultowym zespołem. Myślę, że może to być dla nich ciekawe muzyczne doświadczenie…