Moje fascynacje amerykańskimi zespołami ostatnimi czasy nieco ustały, ale w przeszłości, kiedy namiętnie rozkoszowałam się brzmieniem spod znaku grunge, kapele, które wypłynęły pod koniec lat 90. często gościły w moim odtwarzaczu. Nie będę tu wymieniać całej listy zespołów, które w większym lub mniejszym stopniu nawiązywały do złotego okresu „garażowego” grania, przyznać jednak należy, że kilka z nich zrobiło ogólnoświatową karierę i taką utrzymuje do dziś. Podobnie zaczynał Godsmack. Powstały w 1995 roku zespół z Bostonu dojrzewał w tym klimacie, dodając do tego szczyptę punk’a i opierając wszystko na solidnym fundamencie melodyjnego hard rocka, gitarowego grania w tak bardzo charakterystycznym „amerykańskim stylu”. Jednak to nie pierwszy album wyniósł ich na falę popularności, na to grupa musiała poczekać do 1998. Bo to za sprawą albumu „Godsmack”, a potem płyty „Awake” kapela trafiła do czołówki amerykańskich rockowo-metalowych zespołów. Na oryginalny styl Godsmack największy wpływ miał jego wokalista, Sully Erna o charakterystycznym i mocnym głosie. Właściwie to on zawsze był znakiem rozpoznawczym grupy.

To za co najbardziej lubię albumy Godsmack to ich ciężar i hardcore’owe brzmienie. Wraz z następnymi płytami niewiele się w tej kwestii zmieniało. Dopiero przedostatnie wydawnictwo „The Oracle” wróżyło pewne odświeżenie, które tak wyraźnie można dostrzec na najnowszym, recenzowanym „1000hp”.

Przy pierwszym odsłuchu „1000hp” otworzyłam oczy ze zdumienia. To jest Godsmack? Pomyślałam. Przyznaję, że byłam lekko rozczarowana. Pewnie gdyby nie fakt, że przygotowywałam się ostatnio do wywiadu, odłożyłabym materiał na bok. Dla mnie to typowy album, który wchodzi powoli, w miarę kolejnych odsłuchów. W informacji prasowej, która była załączona do płyty, można poczytać wypowiedzi poszczególnych muzyków na temat procesu komponowania i produkcji materiału, a także wyjaśnienie dlaczego album brzmi tak, a nie inaczej. Generalnie pod względem tekstowym jest to trochę koncept album, który odnosi się do historii i początków zespołu, do klimatu panującego na przedmieściach Bostonu. Muzycy dokonują swego rodzaju retrospekcji i powrotu do korzeni. A jak jest pod względem muzycznym? Prawie tak samo. W porównaniu do ostatnich albumów Godsmack, nowa płyta to po prostu hard rockowa jazda, miejscami brudna i surowa, a czasem spokojna i melodyjna. To powrót to brzmienia debiutanckiego albumu.

„1000 koni mechanicznych” – tytuł, który idealnie oddaje klimat tego, co dzieje się na albumie. Rozpoczyna się kawałkiem tytułowym i rykiem silnika. Numer jeden doskonale wprowadza nas w klimat całej płyty. Materiał to jedenaście równych numerów. Co warte podkreślenia, współproducentem albumu jest Dave Fortman, znany ze współpracy z takimi zespołami, jak Slipknot, czy Evanescence. Godsmack z pomocy Dave’a korzysta już drugi raz. Jeśli miałabym wskazać kawałki, które szczególnie przypadły mi do gustu, to na pewno będzie to numer trzy na płycie, czyli„Something Different”. Właściwie nietypowy utwór, nieco odstający od reszty. Pojawiają się w nim smyczki (!). To bez wątpienia mój numer jeden. Wyróżniłabym również numer pięć, czyli „Generation Day”, ze świetnymi gitarami. „Living In The Gray” neo grunge’owy, nasuwający skojarzenia z Alice In Chains, czy Soundgarden. Kolejny po nim, świetny i energetyczny “I Don’t Belong”, który bardzo przypomina mi “Awake”, spokojnie mógłby znaleźć się na albumie o tym samym tytule. O jednym z kultowych kawałków Godsmack „Voodoo”, przypomina tu„Turning To Stone”.

„1000hp” to dobry i solidny album. Może Godsmack nie odkrywa na nim niczego nowego, ale pytanie kto z fanów oczekuje tego od nich? Pełno tu sprawdzonych już patentów, zdziwić może jedynie ogólne brzmienie. Gitary tu więcej kombinują, pojawiają się często sola. Jest znacznie lżej, z naciskiem na melodię. To dawka dobrego amerykańskiego hard rocka. Klamrą spinającą całość jest, jak zwykle, świetny wokal Sully’ego. Myślę, że wydawnictwo nie powinno zawieść fanów zespołu, aczkolwiek mogą się nieco zdziwić, jak ja na początku. Dziś płytka ta towarzyszy mi często, kiedy po prostu mam ochotę na fajnego, energetycznego rocka. Odpalam 1000 KM i jadę!